Zorza polarna z 2015 roku, nad Gnieznem.

To nie tak, że nic się tutaj nie dzieje. Proszę nas (Sebcia i mnie zrozumieć). Starzejemy się. Wolny czas pochłania kanapoleżenie i czekanie, aż potworki usną. U mnie potworki są dwa, każden jeden energii zaś za trzech. Skąd czerpią energię? Pewnie od rodziców :)

Niemniej jednak w zeszłym roku udało się mi wyjechać i sfotografować dość ciekawe zjawisko, jakim jest zorza polarna. Niby nic nadzwyczajnego, ale dało się ją obserwować z Gniezna (Pierwszej Stolicy Polski, cokolwiek by Poznań nie twierdził…).

Był to marzec, godziny późno wieczorne. Wyjechałem za miasto. Patrząc samym okiem widać jedynie pionowe smugi, ot takie jakby chmury lekko podświetlone zachodzącym słońcem czy odbitym od księżyca światłem. Rozkładając aparat cieszyłem się, że mam ze sobą koc. Skąd? Pod fotelikiem dziecięcym, a siedzeniem skórzanym nie takie rzeczy się znajduje (np. na porządku dziennym są jakaś stara naklejka, frytka, klocek lego…). Pierwsze zdjęcie (10 sek naświetlania, iso 200) i już efekt wow :)


Wiedziałem o tej burzy…

…na dobrych kilka godzin wcześniej – sprawdzałem blitzortung, było dokładnie widać, że idzie to w naszą stronę. Mimo wszystko udałem się z spać. Bardzo za to przepraszam! Jak mogłem? Gdy burza doszła już do mojej małej mieścinki, nie chciało zwlec mi się z łóżka – co z tego, że średnio dwa błyski na sekundę rozświetlały sypialnię. Z tego letargu pomógł mi wydobyć się wspomniany już w poście „Kłecko – czynny most kolejowy” ADHD. Otóż – ADHD stwierdziło, że chce oglądać burzę. W środku nocy? Jak to tak? Przecież wtedy podusia i Subaru to najważniejsze dwie rzeczy… Nic to, wstałem, odsłoniłem rolety, ADHD oglądało i twierdziło, że burza jest mocna, bo „zjadła dużo obiadek”.
Skoro już byłem wstanięty, dlaczegoby nie wyciągnąć aparatu? – pomyślałem. Co z tego, że mając wiedzę w postaci kilkugodzinnego wyprzedzenia, mogłem udać się w plener i ustawić odpowiednio wcześniej aparat na jakiś plener? Mogę przecież w ostatniej chwili wystawić canonka przez okno i pstryknąć jak leci. Oh, moje lenistwo, a raczej umiłowanie do drzemeczek wszelakich (zwłaszcza tych całonocnych) wygrywa z moim hobby…!
Nic to, kilka zdjęć zrobiłem, tylko jedno nadaje się do prezentacji, co niniejszym tutaj czynię.

PS: Gwoli wyjaśnienia odnośnie wątku z podusią i Subaru – przed snem ADHD musi dostać do łóżeczka jakiś pojazd, zazwyczaj ostatnią nowość, bez tego raczej nie ma szans, by ADHD zasnęło.

2012-7-3

Dni pary – Gniezno 2012

Przedostatniego dnia imprezy Dni Pary, tj. 12 maja 2012 roku Gniezno odwiedził kolejny parowóz – tym razem jako lokomotywa pociągów Wojciech (Gniezno-Poznań) i Sokół (Gniezno-Września). Przybyli goście mogli z bliska podziwiać parowóz Ol49, zwiedzić gnieźnieńską parowozownię na terenie której parowóz był tankowany przez straż pożarną. Sporo osób ściągnęła również akcja obrócenia lokomotywy na obrotnicy kolejowej oraz spotkanie dużego i małego parawozu na stacji kolejki wąskotorowej.

Czytaj dalej Dni pary – Gniezno 2012

gnieźnieńskie grillowanie – czyli płonąca żyrafa

W dniu 11 maja 2012 roku na gnieźnieńskim rynku w ramach Królewskiego Festiwalu Artystycznego można było obejrzeć płonącą żyrafę. Inscenizacja fragmentu obrazu Salvadora Dali’ego ściągnęła sporą grupę osób – niezwykłe jak trochę żelaza i ogień potrafią zwabić ludzi w piątkowy wieczór. Ciekawe czy ta niezwykła rzeźba na tle gnieźnieńskiej katedry symbolizuje ginące życie na jałowej równinie. Bezruch ludzi i wzmagające się płomienie…

Czytaj dalej gnieźnieńskie grillowanie – czyli płonąca żyrafa

Pierwszomajowe bumbum

Tym razem niemiecki blitzortnung dał nam dużo wcześniej znać, że coś się zbliża. Sprzęt mieliśmy już wyczyszczony, naładowany. Gotowy do drogi. Gdy tylko znajomi z okolicznych miejscowości (tak – wytresowaliśmy ich tak, że za każdym razem dostajemy smsem powiadomienia o nadchodzącej burzy) dali nam znać, że to już – wyjechaliśmy w trasę. Blisko godzinę obserwowaliśmy niezłe wyładowania, ale najlepsze oczywiście na sam koniec. Gdy już wydawało się nam, że jest po wszystkim i powoli zwijaliśmy już sprzęt, jeszcze ostatnią fotkę pstryknę… i co? Efekt – ostatnie zdjęcie jest najładniejsze (dlatego jest coverem tej notki).

Obrazki w galerii są dość duże, proszę o cierpliwość podczas ładowania.

Średnio ciekawa burza

Tego dnia dostałem telefon od Brata, że się błyska. Blisko godzinę zajęło zbieranie się na wyjazd. W sumie około 23 udało się wyjechać. Złapałem całą jedną błyskawicę.

No ale sezon rozpoczęty, to się powinno liczyć.

PS: Poprzednia burza z początku kwietnia – zaskoczyła nas całkowicie, te 3 uderzenia nastąpiły tak szybko, że zanim wyjąłem aparat, to deszcz już nie padał…

Olbrzym… (kontynuacja wypadu do Kłecka)

Widok 360 stopni z głazu

…kontynuując naszą podróż z Kłecka do domu eksperymentowaliśmy z drogą powrotną – jak zawsze zresztą. Doprowadziło nas to do fajnego odkrycia – „olbrzyma”. Ona (tutaj przedstawiamy kolejnego członka naszej załogi, tj członkinię) – nasza towarzyszka podróży wypatruje małą tabliczkę z napisem „Tarcza Olbrzyma”. Bylibyśmy chyba chorzy, gdybyśmy nie sprawdzili co to takiego. Błądząc po polnych drogach, pytając miejscowych o drogę (przy okazji – napotkani miejscowi wcale nie wyglądali na olbrzymów) w końcu trafiliśmy. Jest kamień. Dokładniej – głaz narzutowy z granitu, 16 i pół metra obwodu.
Tym razem ADHD od razu dostaje łapówkę – butlę, dzięki czemu zajmuje się sobą, a my możemy przystąpić do pstrykania :) (po uwczesnym wdrapaniu się na głaz). Oczywiście, aby nie było idealnie, gdy ADHD jest spokojne, Ona musi inaczej…i wdrapuje się na znajdujący się obok gril… Jej wybór :)

PS: W drodze powrotnej musieliśmy uciekać przed następnym olbrzymem – gigantyczną ciężarówką jadącą w środek niczego… że droga była wąska i miejsca nie było dla nas dwóch, włączyłem wsteczny i pełna rura do tyłu… po chwili jednak stwierdziłem, że to nie ma sensu, bo gigant i tak nas dogoni. Podjąłem więc ryzyko… ruszyłem wprost na goliata, który… skręcił w bok :)

Kłecko – czynny most kolejowy

Witam.

Dzisiaj sobota, szans na burzę nie ma ;-)

No to trzeba znaleźć w google maps coś fajnego w okolicy. Proszę bardzo, jest. Most w Kłecku. Jeden telefon do Sebastiana i piętnaście minut później jesteśmy już w drodze. Na miejsce trafiamy dość szybko (tylko dwa razy pomyliliśmy zakręty).  W aucie wieziemy coś, co czasem przypomina małe „ADHD”. Tym razem jednak razem z Morfeuszem objęci są sobą zajęci :)

Gdy docieramy na miejsce, ADHD budzi się do życia, co strasznie nam ułatwia pstrykanie zdjęć. Na szczęście jest też Ona. Dzielnie pomaga zająć się powtorem.

Zabawę zaczynamy od wejścia na lekko rozlatujący się most. Niektórych desek brak, inne wyglądają tak, jakby miały pęknąć (ważę ponad 100kg, więc przy mojej masie nie trudno o to). Mimo to, ryzykujemy. Nagle – w oddali słyszymy dźwięk klaksonu lokomotywy – nie idzie go pomylić z niczym innym. Dyskutując o tym, czy między torami, a krawędzią mostu jest wystarczająco miejsca na nas (razem z wystającymi obiektywami) czekamy…. ale pociągu nie ma… i nie ma. Od dwóch młodych miejscowych dziewojek przechodzących kładką pod mostem dowiadujemy się, że i owszem pociąg pojedzie, ale nie teraz, bo właśnie stąd odjechał. Cóż. Nie przyjdzie sprawdzić w praktyce, czy da radę się zmieścić, czy nie. Następnym razem :)

Następnie schodzimy na dół i nie bacząc na wszędobylskie owady (na dworze kilka stopni na plusie, a jakieś gów*a jeszcze latają?!?) kontynuujemy zabawę. Po czasie robi się jednak zimno i postanawiamy wracać… żeby nie było za prosto, inną drogą… (dalsza część wpisu w następnej notce).

 

 

Czerwcowa burza w Strzyżewie Paczkowym

Znalazłem na dysku kilka zdjęć z tego roku, które z jakiejś nieustalonej przyczyny nie znalazły się jeszcze na pioruny.pl. Błąd ten oczywiście natychmiastowo naprawiam. Zdjęcia pochodzą z 22go czerwca 2011 r., z okolic Strzyżewa.
Za zdjęcie wiatraka serdecznie przepraszam, nie udało mi się odpowiednio ostrości ustawić. Trochę poprawiłem w programie graficznym, nie wiem na ile się udało, ale mogę zapewnić, że na żywo efekt był „piorunujący” :)

 

 

 

Pioruny 100 lat temu…

„Buszując ostatnio w starych zdjęciach, znalazłem dwa pochodzące z przed 100 lat – z 2011 roku, z 20-go sierpnia. Bardzo ładnie zachowane – nie wiedziałem, że w tamtych czasach zdjęcia przechowywano jeszcze w formie papierowej.”

Ciekawe, czy mój wnuk kiedyś tak powie jak znajdzie mój album zdjęć ? :)

 

Przy okazji – burza zaczęła się o północy… co obudziło mojego synka? Grzmoty? Nieee… mama z tatą sprawdzający, czy mały śpi… obudził się, obejrzał z nami burzę, każdorazowo grzmoty określając „bam bam bam”, a pioruny „sia sia”, po czym grzecznie wrócił do łóżeczka i poszedł dalej spać :)

Z zaskoczenia

Burza z 13go lipca wzięła nas z zaskoczenia. Oglądałem sobie film (horrorek), skoro w prognozie pogody niczego o burzy tego dnia nie było… aż tu nagle słyszę huk… O tak, pomyślałem, coś się kręci.

Zadzwoniłem do Sebastiana, już miałem po niego jechać, ale jak zobaczyłem, że pioruny walą obok samochodu (jakieś 200 m.), stwierdziłem, że nie ruszam się z domu. Otworzyłem okno i z parapetu kilka ujęć udało się zrobić :)

 

PS: Oglądanie horroru dokończyłem następnego wieczoru :)

Katedra w niebiosach

Końcówka maja specjalnie nie obfitowała w dużą liczbę burz, zatem trzeba było znaleźć sobie inne zajęcie. Wybierając się któregoś wieczoru po piwo (nieodzowny element wspomagający oglądanie filmu) zauważyłem na niebie ciekawą rzecz. Nie mogłem nie wrócić się po aparat zatem, w końcu domena pioruny.pl zobowiązuje do pstrykania rzeczy robiących „piorunujące” wrażenie :)